Dominik Lau, »Kolarstwo. Podstawy treningu« — recenzja po latach
Książkę kupiłem na początku 2014 roku, świeżo po sezonie startowym w Sudety MTB Challenge, kiedy wydawało mi się, że jeszcze trochę i z amatora wyrosnę na pół-zawodowca (spoiler: nie wyrosłem, korpo wciągnęło mocniej). Wróciła do mnie potem regularnie — zawsze wtedy, kiedy któryś znajomy z open space pyta „od czego zacząć z tym kolarstwem, bo kupiłem szosówkę i nie wiem, czy jeździć dłużej, czy mocniej”. Dwanaście lat po premierze (wyd. 2013) ciągle jest na rynku. To już samo w sobie coś mówi — choć niekoniecznie to, co autor by chciał.
Dla kogo ta książka
Lau jest trenerem z brytyjskim background’em (federacja, kilka lat menedżerki w Ocean Tide Cycling Team) i pisze pod amatora, który dopiero kupił rower szosowy albo gravelowy i nie wie, gdzie kończy się rekreacja, a zaczyna trening. Jeśli jesteś w punkcie: „jeżdżę trzy razy w tygodniu po lasku, chciałbym pojechać Granfondo Mazury bez umierania” — to twój materiał. Jeśli masz za sobą dwa-trzy sezony z miernikiem mocy i czytałeś Friela od deski do deski, znajdziesz tu raczej powtórkę niż objawienie.
Krótka uwaga praktyczna: bike-fit nie da rady zastąpić podstaw treningu, ale podstawy treningu też nie zastąpią dobrze ustawionego roweru. Lau o ustawieniu pozycji pisze ogólnikowo — to akurat luka, którą trzeba załatać gdzie indziej.
Co jest dobre — testy, strefy mocy, planowanie
Mocna strona książki to dwa działy: technika/taktyka oraz zarys planowania treningu. Lau dość przyzwoicie tłumaczy, czym są mezocykl, mikrocykl i jednostka treningowa, jak zbudować sezon wokół startu docelowego i dlaczego objętość niskiej intensywności (Z2) jest fundamentem, a nie „nudnym wypełniaczem”. Strefy mocy/tętna są opisane bez magii — proste, czytelne tabelki, FTP wyznaczone testem 20-minutowym ze współczynnikiem 0,95. Klasyk, ale dla początkującego to działa.
Sam autor ujmuje to tak:
„Większość amatorów rozwija się nie dzięki kilkunastu sesjom interwałowym w sezonie, ale dzięki kilkuset godzinom spokojnej, świadomej jazdy w drugiej strefie. Periodyzacja zaczyna się tam, gdzie zegar przestaje być wrogiem, a staje się narzędziem.”
Brzmi banalnie, ale w 2014 roku — kiedy każdy amator chciał robić tabaty na każdym wyjeździe — to była zdrowa kontra. W 2026 też się broni: polaryzacja, model 80/20, Seiler i jego studenci od piętnastu lat mówią to samo, tylko z większą ilością wykresów.
Dział o technice jazdy i taktyce w grupie — jazda w peletonie, zmiany na czole, ustawienie na ostatnim kilometrze, taktyka jazdy na czas — to chyba najbardziej praktyczna część książki. Tu Lau wypada solidnie. Dla kogoś, kto pierwszy raz staje na linii Granfondo i nie wie, czy ma siedzieć w grupie, czy „atakować” na zjeździe, to konkret.
Co się trochę zestarzało — czego brakuje w 2026
Książka ma 13 lat i w paru miejscach to widać. Po pierwsze — brak bibliografii, przypisów, numeracji tabel i rysunków. Lau opiera się na swoim doświadczeniu trenerskim, co jest legitne, ale w epoce „pokaż mi PMID albo nie wierzę” amator z trochę większym dystansem zacznie pytać, skąd dane fizjologiczne. Friel w swoich „Bibliach…” daje przypisy i odsyła do badań. Lau — nie daje. To wada do dziś.
Po drugie — wzmianki o sprzęcie się zestarzały. Opis budowy roweru, dobór stroju, dodatki na rower — w 2013 OK, dziś to materiał, który ma sens raczej na blogu albo YouTube, bo standardy zmieniły się drastycznie (disc brake na szosie, tubeless, integracja kabli, gravel jako osobna kategoria, której wtedy de facto nie było). Tych 30-40 stron można dziś czytać jak rozdział historyczny.
Po trzecie — pomiar mocy. Lau o wattmetrze pisze, ale traktuje go trochę jak luksusowy dodatek. W 2026 mamy pedały Assioma za półtora tysiąca, każdy poważniejszy amator jeździ z mocą i WKO/intervals.icu zna lepiej niż własną kuchnię. Książka tego nie obsługuje. Brakuje też słowa o HRV, treningu w gorącu, suplementacji opartej na nowszej literaturze, dwutlenku węgla w bidonach (żartuję, ale tylko trochę).
Po czwarte — kobiety. Zerowy rozdział o specyfice treningowej kolarek. W 2013 to standard, w 2026 to brak.
Werdykt
Kupić, jeśli zaczynasz — albo prowadzisz znajomego za rękę i potrzebujesz mu wcisnąć w łapę 200-stronicowy podręcznik, którego naprawdę przeczyta. Lau pisze przyzwoitą polszczyzną, układ jest logiczny, ceny w drugim obiegu są niewielkie (na OLX czasem za 25 zł). Jako pierwsza książka o treningu kolarskim na półce — daje radę. Jako jedyna — zdecydowanie nie.
Jeśli masz dwa sezony za sobą, kup raczej „Biblię treningu kolarza górskiego” Friela albo „The Cyclist’s Training Bible” w nowszym wydaniu (jest już 5. edycja po angielsku, z modelem polaryzacji i pomiarem mocy obsłużonym jak należy). Friel jest bardziej szczegółowy, ma przypisy, ma bibliografię. Lau jest bardziej dostępny, ma mniej stron i jest po polsku — co dla wielu osób ciągle ma znaczenie.
Moja ocena po latach: 3,5/5. W 2014 dałbym 3 — czułem się zawiedziony, bo oczekiwałem polskiego Friela. Dzisiaj, kiedy widzę, ilu znajomych zaczyna od YouTube’a z trenerem-influencerem sprzedającym „cudowny plan na FTP 350 W w 8 tygodni”, doceniam tę książkę bardziej. Spokojna, bez fajerwerków, mówi „rób bazę, planuj sezon, testuj się raz na 6 tygodni”. Działa. Tyle że trochę chropowato.

